Najtrudniejsze momenty na początku życia z dzieckiem i jak sobie poradziłam [NASZE HISTORIE]

Redakcja
13.05.2020 10:11
A A A
Nocne karmienie, co warto o nim wiedzieć?

Nocne karmienie, co warto o nim wiedzieć? (fot. Shutterstock/Tomsickova Tatyana)

Macierzyństwo potrafi zaskakiwać, a pierwsze dni z dzieckiem wywrócić świat do góry nogami. Na szczęście nie ty jedna masz momenty zwątpienia, bezsilności, niepokoju. Nie jesteś w tym sama. Zainspiruj się poniższymi historiami i zobacz, jak z tymi ciemnymi stronami macierzyństwa poradziły sobie inne mamy.

Na zewnątrz możemy wyglądać, jakbyśmy miały wszystko pod kontrolą, ale w środku przeżywać huśtawkę emocjonalną. Każda mama wie, o czym piszemy. Mimo, że nie każda lubi się do tego przyznawać. Zapytałyśmy mamy, z czym musiały się zmierzyć, kiedy na świecie pojawiły się ich dzieci. Czy rozpoznajecie w którejś z historii siebie?

Karolina, 33 lata, mama 2 letniego Tymka

Najtrudniejszy moment dla mnie był zupełnie zaskakujący. Nigdy nie pomyślałabym, że to właśnie ten moment, który wyobrażałam sobie jako najfajniejszy, najbardziej satysfakcjonujący, tak mnie zaskoczy. Mówię o karmieniu piersią. W gronie moich koleżanek jako jedna z ostatnich zaszłam w ciążę. Słyszałam od nich różne historie - opowiadały mi o tym, że wstawanie kilka razy w nocy jest naprawdę męczące. Ta deprawacja senna to najgorsza część macierzyństwa. Albo to, że przebywanie z dzieckiem cały dzień potrafi zmęczyć, chociaż z zewnątrz wygląda to po prostu jak "siedzenie w domu". Nigdy żadna nie opowiadała mi natomiast o tym, jak to naprawdę jest z karmieniem piersią. Większość z nich karmiła naturalnie - w domu, na spacerze, w restauracji, na zakupach. Nigdy nie narzekały, nie miały grymasu bólu na twarzy. Zachwalały karmienie piersią jako coś superwygodnego, dobrego dla dziecka i uspokajającego. Jedna nawet zademonstrowała, jak pierś działa na marudnego niemowlaka - przytulasz do piersi i jest spokój, odsuwasz i zbiera mu się na płacz. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy moja przygoda z karmieniem piersią nie poszła tak dobrze. Musiałam urodzić dziecko przez cesarskie cięcie, co podobno spowalnia rozpoczęcie laktacji. Mój syn pierwszą noc przebywał w sali pielęgniarek, bo ja - na mocnych lekach - nie byłam w stanie się nim zająć, więc od razu tam dostał mleko w butelce. W kolejnych dniach - mimo moich usilnych prób karmienia - dziecko było po prostu nie najedzone. Koleżanki nie wiedziały jak mi pomóc. Doradczyni laktacyjna zaproponowała kilka rozwiązań, na które wtedy po prostu nie miałam siły. Miały to być m.in. wakacje laktacyjne, podczas których miałam zamknąć się w pokoju z dzieckiem na kilka dni i leżeć cały czas z nim na piersi. Wstydziłam się przyznać, że ja podczas karmienia piersią po prostu czuję, jakbym wpadała w czarną dziurę. Na szczęście szybko znalazłam pomoc w postaci położnej, która była przy mnie przy porodzie. Powiedziała mi, że istanieje coś takiego, jak DMER - to skrót, pod którym kryje się schorzenie o nazwie "dysphoric milk ejection reflex", czyli wypływ mleka z towarzyszącą mu dysforią. Czym jest ta choroba? W skrócie to bardzo silne negatywne emocje, które utrzymują się podczas karmienia. Ja mój problem rozwiązałam w ten sposób, że zdecydowałam się na karmienie łączone. Było to karmienie piersią, odciąganie pokarmu laktatorem, a także podawanie mleka modyfikowanego. Kiedy pogodziłam się z tą decyzją, że moje dziecko nie będzie tylko "na piersi", początki macierzyństwa okazały się łatwiejsze. Widziałam od tamtej pory kilka razy u różnych blogerek parentingowych opis tego schorzenia. To daje mi nadzieję, że przestanie ono być tematem tabu.

Agnieszka, 26 lat, mama 3-letniego Adasia i 8 miesięcznego Szymona

Postpartum, baby blues, obniżenie hormonów, depresja poporodowa - jest jeszcze parę definicji tego, jak duża grupa kobiet czuje się po porodzie. Uderzyło mnie to nie od razu. Poród przebiegł bezproblemowo, dziecko było zdrowe, ja też się dobrze czułam. W pierwszych czynnościach, jak zmienienie pieluchy, nakarmienie dziecka pomagały położne i mąż. Nagle, po 3 dniach od porodu, już w domu uderzyło mnie to, że to jest prawdziwe dziecko. Mały człowiek, całkowicie zależny od nas. Teraz (może na szczęście) nie pamiętam już tych emocji, nie pamiętam, co sobie wtedy myślałam, dlaczego większość dnia płakałam. Słyszałam o tym stanie, ale myślałam, że to po prostu coś jak gorszy dzień. Nie chciałam dzielić się tym, co przeżywam z najbliższymi, bo czułam, że kiedy powiem to na głos, to że wtedy stanie się bardziej prawdziwe. Że może będzie gorzej. Zaczęłam czytać fora internetowe i po pierwszych paru wpisach już wiedziałam, że to jest to. Te dziewczyny przeżywały dokładnie to, co ja. Wtedy postanowiłam opowiedzieć mężowi, jak się czuję. Większość pisała, że ten dziwny stan trwa około dwa tygodnie. Jeśli dłużej, to dobrze poszukać pomocy specjalisty. Zaczęliśmy więc odliczać kolejne dni. Z każdym było trochę lepiej. Więcej było lepszych momentów niż gorszych. Ustały napady płaczu. Potrafiłam cieszyć się dniami z dzieckiem. Zaczęłam planować wyjazdy, myśleć, co możemy z dzieckiem zrobić w mieście. Zostawiłam też dziecko pierwszy raz na godzinę i wyszłam... po zakupy. Po dwóch tygodniach zaczęłam wracać do siebie. Radzę każdej mamie, która przeżywa baby blues, żeby nie chowała go w sobie, ale poszukała wsparcia.

Marlena, 28 lat, mama 3 letniej Zuzi

Zawsze wydawało mi się, że jestem wyluzowaną mamą. Uwielbiam oglądać Instagram, najwięcej czasu spędzam tam na profilach, które pokazują zdjęcia pięknie ubranych dzieci, pokojów dziecęcych znanych mam. Miałam w głowie, że dla mojej córki wszystko, co zgromadzę przed porodem będzie właśnie takie instagramowo-modne, a nasze wspólne chwile to będzie czas na spacerowanie, ubieranie się w pasujące sukienki i robienie sobie zdjęć. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Byłam bardzo zestresowaną mamą. Wiele rzeczy wywoływało we mnie niepokój. Zastanawiałam się, czy dziecko dobrze leży, czy nie jest jej za ciepło albo za zimno, czy ona powinna tak się przeciągać, czy to nie są objawy kolki, a może coś ma z żołądkiem. Razem z mężem jechaliśmy na weekend do znajomych, ale w połowie drogi kazałam mu zawracać i szybko jechać do lekarza, bo dziecko ma... dziwne wgłębienie w głowie. Byłam pewna, że to poważny uraz. Oczywiście lekarz powiedział, że z dzieckiem wszystko jest w porządku. Potem zaczęły się pierwsze choroby. Gorączka z niczego, dziecko płacze prawie bez przerwy. Byłam w panice. Trafiliśmy do nowej lekarki, która powiedziała, że nie jest żadna egzotyczna choroba, ale że Zuzia zaczyna ząbkowanie. Nie wpadałbym na to, bo - zgodnie ze wszystkimi podręcznikami, dziecko zaczyna ząbkować w czwartym miesiący życia. Moja córka ledwo skończyła trzy. U pani doktor zupełnie się rozkleiłam. Powiedziałam, że nie potrafię cieszyć się macierzyństwem. To był przełomowy moment. Porozmawiała ze mną i powiedziała, że martwienie się o dziecko to część macierzyństwa, ale nie mogę pozwolić, żeby całkowicie przysłoniła mi czas z dzieckiem. Potem, dzień po dniu, zaczęłam pracować nad sobą. Starałam się hamować w głowie myśli wybiegające ku temu, co może wydarzyć się złego. I w końcu jestem wyluzowaną mamą, jaką zawsze chciałam być.

Przeczytaj także:

Siedem błędów, które popełniłam przy pierwszym dziecku

Dzieci rosną za szybko. Mamy opowiadają, za czym będą najbardziej tęsknić

Przezorny zawsze przygotowany. Co warto mieć w domu